
Dziękczynienie jest sztuką, która wywraca nasze myślenie do góry nogami. Zwykle kojarzymy je z chwilami radości, ze spełnionymi pragnieniami i dobrą wiadomością, która sprawia, że serce bije szybciej. Jednak Jezus uczy nas innej logiki. Jego logika nie polega na tym, by dziękować za to, że mam więcej niż inni albo że wypadam lepiej od sąsiada. Za to nie wolno dziękować, bo w tym kryje się pycha, porównywanie i pogarda dla drugiego człowieka. Bóg nie przyjmuje takiej ofiary, bo ona nie pachnie miłością, lecz wyniosłością. Dziękczynienie, które otwiera niebo, zaczyna się tam, gdzie człowiek umie przyjąć swoje niepowodzenie i wypowiedzieć nad nim słowo: dziękuję.
To jest właśnie szaleństwo Ewangelii. Bo kto przy zdrowych zmysłach dziękuje za to, że mu nie wyszło? Kto wznosi oczy ku Bogu, gdy wszystkie plany się posypały, a zamiast nagrody przyszła porażka? A jednak taka modlitwa jest najmocniejsza. Kiedy człowiek dziękuje Bogu za to, co wygląda jak klęska, sam Bóg bierze tę sytuację w swoje ręce i przemienia ją w coś, co staje się błogosławieństwem. To jest pewien paradoks. Jeśli narzekam, to moje serce zamyka się i nic się nie zmienia. Jeśli jednak dziękuję, to niebo musi odpowiedzieć. Dziękczynienie wiąże Bogu ręce i On nie może inaczej, jak tylko przemienić moją noc w świt.
W Eucharystii ta prawda nabiera pełnego blasku. Słowo „Eucharystia” znaczy „dziękczynienie”. Chrystus wziął chleb i wino, dziękował Ojcu i podał nam samego siebie. Uczynił to nie w momencie triumfu, ale w godzinie zdrady, lęku i zapowiedzi męki. Dziękował wtedy, gdy po ludzku wszystko się kończyło. Pokazał, że wdzięczność ma moc większą niż rozpacz. Dlatego właśnie Eucharystia jest źródłem nadziei dla każdego, kto czuje się przegrany. Na ołtarzu uczymy się, że przegranej nie ma. Jeśli jestem z Chrystusem, mogę podnieść głowę i powiedzieć: jestem królem życia.
Dziękczynienie jest królewską drogą. Bo król nie musi udowadniać swojej wartości, nie porównuje się i nie zabiega o uznanie. On wie, że jego moc płynie z samego faktu, że jest dziedzicem Królestwa. Tak też jest z nami. Wdzięczność czyni nas wolnymi od lęku i zazdrości. Kto dziękuje, ten już żyje w pełni, choćby nie miał nic. Kto dziękuje, ten zawsze wygrywa, bo oddaje swoje życie w ręce Tego, który umie wyprowadzić dobro nawet z największej ciemności.
Dlatego można powiedzieć, że dziękczynienie jest koroną na głowie wierzącego. To ono sprawia, że człowiek nie czuje się ofiarą losu, lecz panem własnej historii. Dzięki Eucharystii nigdy nie jesteśmy przegrani. Możemy przegrać w oczach świata, możemy zostać zapomniani, możemy nawet leżeć na dnie. Ale jeśli powiemy: dziękuję Ci, Panie, to w tej samej chwili zaczyna działać nowe prawo. Prawo zwycięstwa, które płynie z krzyża. Krzyż jest przecież największym niepowodzeniem, a jednocześnie największym powodem do dziękczynienia. Z niego wypłynęło życie dla świata.
Zastanówmy się szczerze: Czy umiem dziękować tylko za sukcesy? Czy potrafię zdobyć się na słowo wdzięczności wtedy, gdy wszystko się wali? To właśnie w tym drugim przypadku zaczyna się prawdziwe królowanie. Wdzięczność otwiera drzwi, których inaczej nie da się otworzyć. Dziękczynienie przemienia niepowodzenie w powód do nadziei. I wtedy okazuje się, że w Chrystusie naprawdę nikt z nas nie jest przegrany.