Stop przemocy, czyli jak nie stać się potworem

Przemoc nie pojawia się tam, gdzie serce jest zdrowe i otwarte. Ludzie normalni nie niszczą drugiego człowieka, bo rozumieją wartość życia, ufają w sens wspólnoty i potrafią współczuć. Tylko ktoś, kto nosi w sobie głębokie zranienia i nieuleczone kompleksy, może świadomie krzywdzić bliźniego. To zawsze jest znak choroby duszy. I tym większa niegodziwość, gdy zło wychodzi od osoby, która z zewnątrz prezentuje się jako duchowy przewodnik, ksiądz, zakonnica, czy ktoś, kto chełpi się swoją pobożnością. Wtedy przemoc ma twarz szczególnie odpychającą, bo podszywa się pod dobro, a w rzeczywistości jest jego zaprzeczeniem.

Najczęściej nie chodzi o ciosy pięścią ani o brutalne sceny. Te zdarzają się rzadko i łatwiej je zauważyć. Chodzi raczej o subtelniejsze, a zarazem bardziej niszczące formy. O słowa, które ranią głębiej niż nóż. O szyderstwa, które wytrącają człowieka z równowagi. O szeptane kłamstwa, które zatruwają czyjąś reputację. O psychiczne dręczenie, które odbiera poczucie własnej wartości i prowadzi do rozpaczy. Przemoc słowna i psychiczna jest jak trucizna sączona powoli, ale konsekwentnie. Wdziera się do serca ofiary, aż ta zaczyna sama wierzyć w swoją bezwartościowość.

Problem polega na tym, że takie formy przemocy są niemal niewidzialne. W pracy przejawiają się w mobbingu, w rodzinach w poniżaniu i ciągłych pretensjach, w Kościele w ostrych słowach, w plotkach, w manipulacjach. Człowiek, który ich doświadcza, często zostaje sam, bo inni odwracają głowę, udają że nie widzą, a czasem nawet stają po stronie krzywdziciela. Obronienie się przed tym wymaga ogromnej siły. Niekiedy jedynym wyjściem jest ucieczka, odcięcie się, zerwanie relacji. Ale nawet ucieczka nie leczy całkowicie ran.

Najtrudniejsze w tym wszystkim jest to, by nie stać się podobnym do oprawcy. Krzywdzony bowiem potrafi łatwo zamienić się w krzywdziciela. Człowiek, który dźwiga w sobie gniew i żal, może zacząć powielać mechanizmy, których sam doświadczył. A wtedy koło przemocy toczy się dalej. Dlatego tak ważne jest, by nie odpłacać złem za zło. Zło karmi się zemstą, nienawiścią i odwzajemnioną przemocą. Dobro natomiast wymaga siły większej niż ta, którą dysponuje agresor. Wymaga przebaczenia, a przynajmniej decyzji, że nie pójdę tą samą drogą.

Kiedy stawiamy opór złu, nie wolno nam tracić z oczu miłości. To ona jest granicą, której nie wolno przekroczyć. Nie znaczy to, że mamy być bierni. Owszem, trzeba się bronić, trzeba mówić prawdę, trzeba demaskować krzywdę. Ale nie wolno pozwolić, aby serce skamieniało. Bo kto walczy z potworami, musi uważać, by sam nie stał się potworem. W tym zdaniu kryje się cała mądrość życia duchowego i moralnego. Człowiek, który pozwoli, by przemoc zagnieździła się w nim samym, przegrywa, nawet jeśli na zewnątrz odnosi zwycięstwo.

Przemoc jest testem człowieczeństwa. Wystawia świadectwo nie ofierze, ale krzywdzicielowi. To on obnaża swoje wnętrze, pokazuje kim naprawdę jest. A ofiara, choć zraniona, może zachować czystość serca i tym samym zwyciężyć w miejscu, gdzie zwycięstwo wydaje się niemożliwe. To trudne, ale właśnie tu rozstrzyga się, kim naprawdę jesteśmy.

W górę